– Religia to opium dla mas, jak ktoś mądrze powiedział – zauważył wujek Ryszard. – Inteligentny człowiek powinien się wstydzić, że wierzy w jakieś hokus pokus i abrakadabra.
– Racja – zauważyła Jadzia. – Kler się panoszy i grzeszy, a ja mam chodzić do kościoła? Co to, to nie.
– To jest tylko nasz mały katolicki problem – zwrócił uwagę Ignac.
– Nawet nie próbuj bronić religii – obstawał przy swoim wujek Ryszard. – To mistyczne bzdury, które trzeba odstawić.
– Ja bym jeszcze odstawił pustą gadaninę filozofii – zauważył wujek Stefan. – Czego się można dowiedzieć od Sokratesa, Kartezjusza czy Nietzschego?
– Niczego – poparła Jadzia zadowolona ze swojego żartu.
– A Platon? – spytał Ignac. – Jego też byś odstawił?
– Czemu nie?
– Bo na nim stoi wyższa matematyka.
– I Kościół – dodał wujek Ryszard.
– Nawet jeśli tak jest, to przez to możemy polegać na nauce.
– Tak – rzuciła drwiąco ciocia Olga – i być ogłupieni jej teoriami.
– Bo one jak religia – dorzucił Ignac. – Trzeba brać na wiarę, jak od księdza z ambony.
– No to w co wierzyć? – spytała z udaną troską Jadzia. – To opium, tamto bzdury.
– W nic – warknęła ciocia Olga. – Najważniejsze, żeby nie stać w miejscu, być w ruchu.
– A co to da? – spytał Ignac.
– Jak to co? Bezruch psuje człowieka. Już Abraham i Mojżesz dobrze o tym wiedzieli.
– Co ich potomkowie jakby zapomnieli – zauważyła psotnie Jadzia.
– No ale ty teraz o etyce, a my mówimy o głębszych sprawach.
– A ty Ignac znowu wyjeżdżasz z metafizyką.
– I nawijasz makaron na uszy – dorzuciła Jadzia, wybuchając zaraźliwym śmiechem.
– Kiedy jesteś w ruchu, możesz uciec od złych rzeczy, a brać tylko dobre – wyjaśniała ciocia Olga.
– Na przykład?
– Na przykład wspieranie słabszych, ochrona środowiska, szerzenie pokoju, oświaty, kultury.
Dziecko zapłakało w wózku po drugiej stronie pokoju.
– Stasiu, zajmij się Robciem, co? – poprosiła Jadzia Ignaca, wobec którego naprzemiennie używano w rodzinie obu imion. Pierwszego zwykle w mniej poważnych sytuacjach.
– „Tak, lecisz i nie zastanawiasz się nad niczym” – odpowiedział Ignac w myśli cioci Oldze, z ulgą wstając od stołu. – „Następna wymówka, żeby nie myśleć, bo to za trudne. Nowa doktryna: lecę, więc jestem. Lecę, więc nie myślę, bo nie mam czasu, i tylko powtarzam wytarte formułki.”
– Absolutnie się z Olgą zgadzam – wyraził swoje poparcie wujek Ryszard, a zawtórował mu wujek Stefan.
Ignac sięgnął do kieszeni wózka po starte owoce w słoiczku.
– No, Robercik, za wielki wybuch – zachęcił podtykając łyżeczkę do ust synka. Szelmowski uśmiech na twarzy Ignaca okazał się skuteczniejszy niż namowa. – Aam. Ślicznie. No to teraz, za czarne dziury. Tylko nie podchodź do nich za blisko. – Dzieciak połknął następną łyżeczkę i uśmiechem odpowiedział na wyszczerzone zęby Ignaca. – No to chlup w głupi dziób, żeby ciemna materia nie wybielała. – Dzieciak zatrzepotał rączkami w reakcji na parsknięcie śmiechem ojca. – A teraz chluśniem, bo uśniem, żeby nam antymaterii nigdy nie zabrakło. Aam, widzisz jakie dobre. Zuch chłopak. No to jeszcze po szklanie i na rusztowanie, i nurka w fale grawitacyjne. – Dzieciak piszczał z radości, a Ignac wycierał łzy z policzków, trzęsąc się ze śmiechu. – I rach, ciach, ciach i pulsara w piach.
– Wreszcie Ignac znalazł kogoś, kto go rozumie – rzuciła ciocia Olga, kiedy odgłosy z drugiego końca pokoju zwróciły uwagę siedzących przy stole.
Robert Panasiewicz
http://ps.rozpisani.pl/